Objawienia w Guadalupe (Tepcyac)

Zdobywczyni serc

Pełny tekst autorstwa Luysa Lasso de la Vegi z roku 1649, spisany na podstawie relacji Antonia Valeriano, który ponad sto lat wcześniej opisał niewiarygodne wydarzenia z grudnia 1531 roku: a spotkaniu Dziewicy Maryi z pewnym wdowcem.

„Zostanie tu powiedziane - wedle kolejności zdarzeń - jak nasza ukochana Matka i Królowa, zawsze Dziewica Maryja, w cudowny sposób objawiła się niedawno na wzgórzu Tepcyac, dziś zwanym Guadalupe. Najpierw ukazała się osobiście małemu Indianinowi o imieniu Juan Diego. Potem objawiła swe słodkie oblicze przed obecnym biskupem Frayem Juanem de Zumárragą.

Minęło dziesięć lat od zdobycia miasta Meksyk. Na bok odłożono strzały i tarcze, na wodzie i lądzie panował pokój między wszystkimi mieszkańcami Znajomość prawdziwego Boga i wiara w Niego rozwijały się jak kwiat wśród promiennego słońca. Wtedy to, w pierwszej połowie grudnia roku Pańskiego 1531 spotykamy małego Indianina imieniem Juan Diego, biednego syna swego ludu, o którym powiadają, że pochodził z Cuauhtitlán. Co się tyczy spraw Bożych, cały ten obszar należał wówczas jeszcze do parafii Tlatelolco. I do tego właśnie miasta zdążał Juan Diego owego wczesnego, niedzielnego poranka, by służyć Bogu i oddać Mu chwałę.

Była jeszcze noc. Nad wschodnim horyzontem wstawał właśnie świt, kiedy Indianin doszedł do pagórka, który zwano Tepeyac Tam usłyszał uroczysty śpiew dochodzący z wysokości, znad urwiska, podobny do koncertu przecudownych ptaków. Kiedy trele na chwilę milkły, wówczas ze szczytu odpowiadało im echo. Najwspanialsze ptaki nie mogłyby śpiewać piękniej. Był to śpiew ponad wszelką miarę słodki i rozkoszny. Przewyższał nawet głosy coyoltótotl i tznitzan.

Juan Diego przystanął. «Czyż jestem tego godzien?» - zapytał sam siebie. «Czymże sobie zasłużyłem, by słyszeć to, co słyszę? A może śnię jeszcze? Być może za chwilę zbudzę się z tego słodkiego snu? Lecz gdzie jestem? Co widzę? Czy to naprawdę miejsce, o którym mówili nasi przodkowie i pradziadowie, starcy i dziadowie? Czy to owa kraina kwiatów, kraina kukurydzy i garnków pełnych mięsa? Czyżbym znalazł się w Krainie Niebios?». Spojrzał ku górze, ku szczytowi wzgórza. Właśnie wschodziło słońce. I właśnie z tego miejsca rozlegał się cudowny, niebiański śpiew. Ze szczytu pagórka dobiegało skierowane ku niemu wołanie: «Mały Juanie, Juanitzin! Diegotzin!». Wówczas ruszył, aby pójść za wzywającym go głosem.

Nic nie niepokoiło jego serca, nic nie napawało go lękiem. Czuł się jedynie szczęśliwy, bardzo szczęśliwy. Pospiesznie szedł drogą wiodącą ku górze, by się dowiedzieć, kto go wołał. Kiedy wszedł na szczyt, ujrzał stojącą tam szlachetną Niewiastę. Poprosiła, żeby się zbliżył. Kiedy stanął przed Nią, oszołomiło go Jej piękno, przewyższające wszystko, co dane mu było dotąd widzieć. Była doskonała. Jej szata połyskiwała jak słońce. Kamień i skały, na których stała, błyszczały wśród Jej promieni jak drogocenne klejnoty z najczystszego szmaragdu. Ziemia wokół Niej promieniowała jak tęcza we mgle. Kaktusy, nopale i inne rośliny porastające ziemię błyszczały promienistą zielenią jak prawdziwe szmaragdy. Liście lśniły jak turkus. Pnie, konary, ciemię i kolce połyskiwały złociście w porannym słońcu.
Juan Diego upadł do stóp Niewiasty i przysłuchiwał się Jej słowom. Promieniowała pokojem i miłością. Nieodparcie pociągała go Jej delikatność. «Juanitzin, Juanito, mój mały! – mówiła - Najmniejszy spośród moich synów! Dokąd idziesz?». Odrzekł: «Moja Pani! Królowo! Mi Nina! Moja mała Córeczko, moja Dzieweczko! Idę tam, na drugą stronę. Idę do Twego domku w Mexico-Tlate-lolco. Chcę bowiem służyć Bogu i oddać Mu cześć, jak uczą nas kapłani, którzy zastępują naszego Pana».
Po tych słowach Pani odkryła przed nim swój słodki zamysł, mówiąc «Zapamiętaj dobrze, najmniejszy z mych synów! Ja jestem święta Dziewica Maryja, Matka jedynego prawdziwego Boga, Życie hojnego Stwórcy wszystkich ludzi On jest Panem wszystkiego, nieba i ziemi Chciałabym bardzo, by wzniesiono tu dla mnie świątynię, abym mogła Go tu ukazywać, chwalić i na wieki rodzić. Tu ofiaruję ludziom całą moją miłość, moje miłosierne spojrzenie, moją pomoc, pocieszenie, zbawienie. Zaprawdę bowiem jestem współczującą Matką: Matką twoją i wszystkich ludzi, którzy zamieszkują ten kraj - jak również Matką wszystkich innych ludów i ludzi, którzy mnie kochają, wołają i przyzywają. Jestem Matką tych wszystkich, którzy mnie szukają i we mnie pokładają swą ufność. Tu będę wysłuchiwać waszego płaczu i skarg. Tu będę was pocieszać w waszym smutku i łagodzić wasze cierpienia. Tu będę was wyzwalać z waszych udręk, nędzy i cierpienia. Abym jednak mogła dokonać tego wszystkiego, co jest pragnieniem mego współczującego i miłosiernego serca, idź do biskupa Meksyku. Powiedz mu, że cię przysyłam i objaw mu, jak bardzo pragnę mieć tu swoje mieszkanie.
Niech mi zbuduje świątynię na tym płaskim skrawku ziemi. Powiedz mu to i wszystko, co dane ci było podziwiać, co tu widziałeś i usłyszałeś. Możesz być pewien, że szczodrze cię wynagrodzę: potrafię ci się odwdzięczyć. Tak, uczynię cię szczęśliwym i obdarzę wielką radością. Wielka jest zapłata za twoją służbę. Wynagrodzę ci twoje wysiłki. A teraz idź, by wypełnić misję, którą ci powierzyłam. Teraz, mój maleńki, usłyszałeś słowa ust moich. Idź i czyń swoją powinność».
Natychmiast ponownie upadł przed Jej obliczem, wołając «Moja Pani, moja Maleńka, już jestem w drodze, żeby wypełnić słodkie słowa ust Twoich. Już mnie nie ma. Już Cię opuszczam, biedny Indianin». Po tych słowach ruszył w dół zbocza, ku grobli wiodącej wprost do miasta Meksyk, by wypełnić swą misję. Kiedy doszedł do miasta, ruszył wprost do pałacu biskupa, który niedawno przybył do Meksyku. Kapłański namiestnik nazywał się Don Fray Juan de Zumarraga. Był franciszkaninem.

Gdy tylko Juan Diego znalazł się w domu biskupa, prosił, aby mu przekazano, że pragnie się z nim widzieć; zażądał od sług, by powtórzyli biskupowi jego życzenie. Minęło wiele czasu, nim wrócili, żeby mu odpowiedzieć, iż biskup pozwolił go wpuścić. Wszedł zatem, ukląkł za progiem, skłonił głowę i wyjawił biskupowi słowa oraz orędzie Królowej Niebios. Opowiedział o wszystkim, co dane mu było podziwiać, co widział i słyszał. Biskup słuchał opowieści z ogromnym zdumieniem. Potem odpowiedział: «Mój synu, wróć innym razem. Wówczas wysłucham cię z uwagą. Raz jeszcze od początku rozważę wszystkie powody, które skłoniły cię, byś przyszedł do mnie, oraz zastanowię się nad twoim życzeniem».
Juan Diego odszedł smutny, nie wypełniwszy swojej misji. Jeszcze tego samego wieczoru wrócił na szczyt wzgórza. I oto cóż za szczęście: w miejscu, gdzie o brzasku ukazała mu się Królowa Niebios, spotkał Ją ponownie! Czekała na niego. Kiedy Ją ujrzał, upadł przed Nią na ziemię i rzekł: «Mała Pani, Senora, Królowo, moja maleńka Córeczko, moja Maleńka! Uczyniłem, jak mi nakazałaś i niezwłocznie wypełniłem misję, którą mi powierzyłaś. Z trudem, lecz dotarłem do domu biskupa. Kiedy go zobaczyłem, powtórzyłem słowa ust Twoich, jak mi nakazałaś. Był uprzejmy i słuchał mnie z wielką uwagą. Kiedy jednak mi odpowiedział, pojąłem, że mi nie uwierzył. Powiedział: «Wróć innym razem, a wysłucham cię z większą uwagą. Raz jeszcze od początku rozważę wszystkie powody, które skłoniły cię, byś przyszedł do mnie, oraz zastanowię się nad twoim życzeniem». Ze sposobu, w jaki to powiedział, wywnioskowałem, że myśli, iż mam znaleźć dom, który sobie wybrałaś - i że orędzie nie pochodzi z ust Twoich. Dlatego błagam Cię, moja Pani, moja Maleńka, byś posłała kogoś bardziej szlachetnego, kogoś, kto cieszy się większym szacunkiem, kto jest znany, kogo szanują i poważają, aby wypełnił Twój nakaz i Twoją wolę i aby uwierzono, że słowa, które wypowiada, pochodzą z Twych cudownych ust. Ja jestem bowiem tylko człowiekiem z pola, nieborakiem. Jestem sługą, najemnikiem i niewolnikiem, pyłem, ostatnim wśród ludzi. Sam potrzebuję przewodnika. Trzeba mnie nieść na ramionach. Miejsce, do którego mnie posłałaś, to nie miejsce dla mnie, maleńka Dziewico, moja Maleńka. Moje Dzieciąteczko, Moja Pani i Królowo! Proszę Cię, zwolnij mnie z Twej służby, bym nie zasmucił Twego serca i oblicza. Jeśli pójdę, przysporzę Ci tylko przykrości i zmartwień, moja Pani i Władczyni!».
Wówczas czcigodna Dziewica odrzekła: «Posłuchaj, najmniejszy z mych synów! Nie sądź, że brak mi sług i posłańców, których w każdej chwili mogłabym posłać, aby głosili słowa ust moich i zamienili moją wolę w czyn. Jednak teraz właśnie ty musisz pójść i prosić. Przez twoje pośrednictwo ma się spełnić to, co jest mą wolą i pragnieniem serca. Proszę cię przeto, mój synu, mój maleńki. Z całego serca gorąco żądam od ciebie, byś jutro poszedł do biskupa raz jeszcze. Spraw, by raz jeszcze usłyszał o mnie i poznał moją wolę - że ma wznieść dla mnie świątynię, jak go proszę. I powiedz mu raz jeszcze, że to ja jestem osobiście: ja, zawsze Dziewica i zawsze święta Maryja, Ja, godna czci Matka Boga - ja cię posyłam».
Na to Juan Diego odrzekł: «Moja Pani! Królowo! Moja Maleńka! Niech troska nic spływa na Twoje oblicze. Niech Twego serca nie napawa smutek! Z wielką radością pójdę, aby raz jeszcze ogłosić przed nim słowa ust Twoich. Teraz nie pozwolę się odwieść od Twego nakazu. Żadna przeszkoda nie stanie na mej drodze. Oto ruszam, by wypełnić wolę Twoją, Pani. Nawet jeśli nic zechcą mnie słuchać, albo słuchając nie dadzą wiary. Jutro późnym popołudniem, kiedy słońce schyli się ku zachodowi, wrócę, żeby zdać Ci relację, co odpowiedział mi biskup. Teraz zaś zegnam Cię, moja Maleńka! Dobra Pani i Królowo! Odpocznij tymczasem nieco!». I ruszył do domu, by również samemu nabrać sił.

Następnego dnia - w niedzielę - znów opuścił swój dom o wczesnej godzinie, kiedy jeszcze było ciemno. Ruszył wprost do Tlatelolco. Tam chciał się uczyć spraw Bożych, wpisać się na listę, a potem pójść do biskupa. Około godziny dziesiątej przybył na miejsce. Był gotów. Wysłuchał mszy, wpisał się na listę ochrzczonych, a gdy tłum zaczął się rozpraszać, udał się do pałacu biskupa. Kiedy jednak dotarł na miejsce, znów musiał zadać sobie wiele trudu, by stanąć przed obliczem dostojnika. Wpuszczono go dopiero po długim naleganiu. Upadł na kolana, zapłakał i ze smutkiem raz jeszcze powtórzył słowa Królowej Niebios. Żeby dano wiarę jego orędziu! Żeby zgodnie z wolą Dziewicy wzniesiono dla Niej małą świątynię! Dokładnie tam, gdzie powiedziała! Tam, gdzie sobie życzył Biskup zadał mu wiele pytań i uważnie go badał. Raz za razem pytał, gdzie Juan Diego widział Niewiastę i jak wyglądała. Indianin opowiedział mu wszystko bardzo dokładnie. W najdrobniejszych szczegółach mówił o tym, co widział i jak bardzo zadziwiająca była postać, która mu się ukazała. Z pewnością była to Dziewica Maryja, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Była najsłodszą, pełną chwały Matką Zbawiciela, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jednak biskup wciąż nie chciał mu wierzyć.
W odpowiedzi rzekł, że nie może spełnić prośby tylko z powodu słów i nalegań Juana Diego. By mógł się zająć sprawą, potrzebny jest inny znak, który potwierdziłby relację Indianina i prawdziwość jego słów, że to sama Królowa Niebios posłała go do biskupa. Kiedy Juan Diego usłyszał słowa biskupa, natychmiast odrzekł: «Mój panie i władco, powiedz tylko, jaki to ma być znak, a pójdę zaraz, aby o niego prosić». Gdy biskup ujrzał, że Indianin nie zwleka ani nie wątpi, pozwolił mu odejść. Kiedy jednak ten odszedł, posłał za nim kilku mężczyzn służących w jego domu, których darzył pełnym zaufaniem. Mieli śledzić Juana Diego, dokąd idzie, z kim się spotyka i z kim rozmawia. Tak też się stało. Juan Diego był już na grobli, wracając drogą, którą przyszedł do miasta. Jednak już za drewnianym mostem, łączącym w pobliżu Tepeyac brzegi wąwozu, szpiedzy stracili go z oczu. I chociaż usilnie szukali, nie mogli go znaleźć. Wrócili zatem, ośmieszeni i zagniewani. Zadali sobie tak wiele trudu, by go wyśledzić, a on zniweczył ich cały wysiłek. W tych nastrojach poszli do biskupa i zadręczali go swymi opowieściami, żeby nie wierzył Indianinowi. Z pewnością opowiada on kłamstwa. Wszystko, co im opowiedział, jest niewątpliwie zwykłym oszustwem. Może jedynie śni, a to, o co prosi, to czysta fantazja. Postanowili nawet pojmać Juana Diego, jeśli pojawi się raz jeszcze, i uwięzić go, jeśli wróci, by położyć kres jego kłamstwom, którymi chciał podburzyć lud.
Tymczasem Juan Diego znów spotkał się z Przeczystą Dziewicą i powtórzył Jej słowa, powiedziane przez biskupa. Kiedy tylko Królowa Niebios je usłyszała, rzekła: «Dobrze, mój synku! Najmniejsze z moich dzieci. Wróć jutro, aby zanieść najwyższemu kapłanowi znak prawdy, o który prosił. Wtedy ci uwierzy i nie będzie już wątpił w twoje orędzie ani podejrzewał cię w swoim sercu. Bądź spokojny, mój synku, wynagrodzę ci twoją gorliwość. Wynagrodzę ci cały twój wysiłek, który podjąłeś ze względu na mnie. A teraz idź, jutro znów będę tu czekać na ciebie».
Jednak następnego dnia, w poniedziałek, w dniu, w którym Juan Diego miał otrzymać i przekazać biskupowi ów szczególny znak, aby ten mu uwierzył, Indianin nie przyszedł na wzgórze. Kiedy bowiem wrócił do domu, znalazł swego wuja leżącego w ciężkiej chorobie. Nazywał się on Juan Bernardino i był już w agonii. Juan Diego natychmiast sprowadził lekarza, który mimo wysiłków, nie był w stanie nic uczynić, tak ciężki był stan chorego. Dlatego kiedy nadeszła noc, wuj poprosił Juana Diego, żeby ten jeszcze przed nastaniem brzasku ruszył do Tlatelolco wezwać kapłana, który by wysłuchał spowiedzi i przygotował umierającego na śmierć. Był pewien, że nadeszła jego godzina, że już nie powstanie z łoża i nie odzyska zdrowia.

Juan Diego ruszył więc w ciemną wtorkową noc do Tlatelolco, by sprowadzić kapłana. Kiedy przybył do stóp wzniesienia Tepeyac, gdzie droga, którą, zwykle przemierzał, wychodzi spomiędzy gór na tę stronę, po której wschodzi słońce, rzekł do siebie: jeśli dalej będę szedł tą drogą, zobaczy mnie owa szlachetna Pani Z pewnością zatrzyma mnie wówczas, abym zaniósł księciu Kościoła znak, jak to zapowiedziała. Jednak najpierw muszę spełnić moją smutną powinność i wezwać kapłana, którego mój wuj tak niecierpliwie oczekuje». Ominął więc wzgórze, wspiął się aż do połowy wzniesienia, a stamtąd przeszedł na drugą stronę. Ib zwrócił się ku wschodzącemu słońcu, by szybko znaleźć się w Meksyku. Teraz Królowa Niebios nic stanie na jego drodze i go nie zatrzyma! Myślał bowiem, że tam, gdzie zszedł z drogi, nie był widziany przez Te, która widzi wszystko. W tej samej chwili ujrzał Ją schodzącą ze szczytu wzniesienia. Obserwowała go stamtąd, czekając w miejscu, gdzie widywała go wcześniej. Pojawiła się tam, gdzie Indianin nie mógł już zmienić kierunku wędrówki, stanęła przed nim i zapytała: «Co się stało, najmniejszy z moich synów? Dokąd kierujesz swe kroki? Dokąd zmierzasz? ».
A Juan Diego - Czyżby był skruszony? Wstydził się, czy napełnił go żal? A może był przerażony i pełen lęku? - rzucił się do stóp Królowej Niebios, pozdrowił Ją i rzekł: «Ach, moja Maleńka, moja najukochańsza Córeczko, moje Dziecko i moja Królowo! Jakże bym pragnął, abyś miała powód do radości! Z pewnością wypoczęłaś i dobrze rozpoczęłaś dzień. Czy Twemu słodkiemu ciału nic nie dolega, moja Królowo, moje czcigodne Dziecko? Napełnia mnie smutek, że muszę zmartwić Twoje oblicze i serce. Musisz bowiem wiedzieć, moje małe Dzieciątko, że jeden z Twych biednych sług leży na łożu śmierci. To mój wuj.
Zapadł na ciężką chorobę, która z pewnością wkrótce zawiedzie go do grobu. Dlatego spieszę do Twego domku w Meksyku, skąd pragnę wezwać jednego z oblubieńców naszego Pana, jednego z naszych kapłanów, by pocieszył umierającego, wysłuchał spowiedzi i go namaścił. Zaprawdę bowiem tylko po to przecież ujrzeliśmy Światło świata, żeby w gotowości oczekiwać godziny śmierci. Kiedy spełnię swoją powinność, natychmiast tu wrócę, a stąd znów ruszę, by przekazać słowa ust Twoich, moja Pani i moje kochane Dzieciątko. Wybacz mi, proszę! Miej jeszcze dla mnie odrobinę cierpliwości. Nie zawiodę Cię, moje Dzieciątko i moja droga Córeczko. Jutro znów będę przy Tobie».
Skoro tylko miłosierna i przeczysta Dziewica usłyszała wyjaśnienie Juana Diego, rzekła: «Posłuchaj i weź sobie do serca, najmniejszy z moich synowi Niech nic nie napawa cię lękiem! Niech nic cię nie zasmuca ani nie odbiera nadziei! Niech twoje oblicze i serce nie napełniają się smutkiem! Nie lękaj się ani tej, ani żadnej innej choroby, nie lękaj się i nie zamartwiaj. Czyż nie jestem przy tobie - ja, twoja Matka? Czyż nie otaczam cię swoją opieką i troską? Czyż nie jestem źródłem twojej radości? Czyż nie masz schronienia w fałdach mojego płaszcza? Czyż nie trzymam cię w swoich ramionach? Czego ci jeszcze brakuje? Niech nic cię nic przeraża i nie odbiera ufności! Niech cię nie dręczy również choroba twojego wuja. Nie umrze. Weź sobie do serca: on już jest zdrów!». (Jak się później okazało, w tym właśnie momencie wuj powrócił do zdrowia.) Słuchając słów płynących z ust Królowej Niebios, Juan Diego został ponad miarę pocieszony. W jednej chwili wielki spokój ogarnął jego serce. I poprosił Dziewicę, żeby zaraz posłała go do biskupa ze znakiem: dowodem, by i on mógł uwierzyć.

Wówczas Niebiańska Królowa kazała mu wejść na szczyt wzniesienia, na którym się wcześniej spotykali. «Wejdź na szczyt wzniesienia, najmniejszy z mych synów! - powiedziała. - Tam, gdzie mnie ujrzałeś i gdzie otrzymałeś ode mnie swą misję, ujrzysz mnóstwo kolorowych kwiatów. Zerwij je i zbierz! Potem zejdź i przynieś je przed moje oblicze!». Juan Diego natychmiast wszedł na wzgórze. Kiedy stanął na szczycie, ogarnęło go niezmierne zdumienie: zakwitło tam mnóstwo różnokolorowych, przepięknych kastylijskich róż, z szeroko otwartymi kielichami, we wszystkich możliwych kolorach i gatunkach, chociaż nie nadszedł jeszcze ich czas. O tej porze roku wszystko bowiem było jeszcze umarłe z powodu mrozu. Skąpane nocną rosą róże roztaczały najdelikatniejszą woń, połyskując jak perły.

Wtedy począł je zrywać i zbierać w swoje rozłożone okrycie. Szczyt wzniesienia nie był miejscem, gdzie normalnie kwitłyby kwiaty. Były na nim tylko ostre kamienic, osty, ciernie, kaktusy, nopale i drzewa mezquite. Do tej pory zbierano tam najwyżej niektóre zioła, ale przecież nie w grudniu, kiedy mróz niszczy wszelkie życie. Potem Juan Diego zszedł ze wzgórza i przyniósł Królowej Niebios kolorowe kwiaty, które dla Niej zerwał,
Kiedy ujrzała bukiet, uporządkowała kwiaty swymi czci-godnymi dłońmi, złożyła z powrotem w okrycie Indianina i rzekła: «Mój mały syneczku, te kolorowe kwiaty są owym znakiem, który zaniesiesz biskupowi. Powiedz mu ode mnie, że mają mu one okazać moje życzenie i skłonić go do wypełnienia mojej prośby. Jesteś moim posłań darzę cię pełnym zaufaniem. Żądam od ciebie, byś otworzył swą tilmę tylko w obecności biskupa i tylko jemu pokazał, co w niej niesiesz. Opowiedz mu wszystko bardzo dokładnie! Jak cię posłałam na wzniesienie, byś zerwał kwiaty.
Opowiedz mu wszystko, co widziałeś i co dane ci było podziwiać. Tak właśnie zdobędziesz jego serce. Potem on uczyni to, co powinien i zacznie budowę mojej świątyni, jak tego zażądałam.

Kiedy tylko Królowa Niebios wydała mu polecenie, Indianin wyruszył - wprost ku grobli, która prowadziła do miasta Meksyk. Szedł z wielką radością, a jego serce było pełne pokoju. Teraz wszystko ułoży się po jego myśli! Delikatnie niósł ukryte w płaszczu kwiaty. Oby tylko żaden z nich mu nie wypadł! Każdy oddech pozwalał mu rozkoszować się cudowną wonią róż. Kiedy jednak dotarł do pałacu biskupa, wyszli mu naprzeciw odźwierni i pozostali słudzy. Usilnie prosił ich, by wpuścili go do środka i pozwolili mu przedstawić dostojnikowi Kościoła sprawę. Lecz oni nic chcieli z nim rozmawiać. Zachowywali się, jakby nie rozumieli, co mówi Może dlatego, że było jeszcze zbyt ciemno. A może również dlatego, że widzieli, jak bardzo jest natrętny i natarczywy. A może słyszeli już o Juanie Diego od współslug, którzy dzień wcześniej mieli go śledzić, lecz stracili go z oczu. Dłuższy czas czekał wiec daremnie, żeby go wpuszczono. Kiedy jednak patrzyli na niego, bosego, ze spuszczoną głową, w całkowitym bezruchu czekającego na wezwanie, i kiedy wreszcie spostrzegli, że kryje coś w swoim wysoko spiętym płaszczu, zbliżyli się z ciekawością. Chcieli zbadać i zobaczyć, co jest w środku. Juan Diego pozwolił im więc rzucić okiem na kwiaty, ponieważ zrozumiał, że nic może przed nimi dłużej ukrywać cudownego daru; nie chciał też, by go dłużej dręczyli albo – zbiwszy - wyrzucili z pałacu.
Gdy zobaczyli kwiaty, ogarnęło ich bezbrzeżne zdumienie. Wszak były to kastylijskie róże! I przecież nie był to czas ich kwitnienia! Jakże szeroko otwarte były ich kielichy! Jak pięknie! I cóż za cudowny zapach! Słudzy chcieli sięgnąć i zabrać Juanowi Diego kilka kwiatów, jednak nie udawało się im. Próbowali trzykrotnie, lecz ilekroć ich dłonie miały już dotknąć kwiatów, te stawały się jakby namalowane lub wyhaftowane na płaszczu.
Natychmiast też udali się do biskupa, by mu opowiedzieć o tym, co widzieli. Oto na zewnątrz stoi Indianin, ten sam, który już się tu pojawiał, i pragnie rozmawiać 2 biskupem. Długo już czeka na pozwolenie, aby stanąć przed jego obliczem. Kiedy biskup to usłyszał, natychmiast pojął, że tym razem Indianin z pewnością musi mieć przy sobie znak prawdy, którym miał nakłonić jego serce do wypełnienia owego wymaganego przez mężczyznę dzieła. Bezzwłocznie rozkazał sługom, by wpuścili przybysza.

Juan Diego natychmiast upadł przed nim na twarz, jak to już wcześniej zwykł czynić. I raz jeszcze opowiedział, co widział i co dane mu było podziwiać, raz jeszcze wygłosił swoje orędzie, mówiąc « Panie mój i władco, uczyniłem wszystko, co mi nakazałeś. Poszedłem do Niej -Królowej Niebios, Świętej Maryi i ukochanej Matki Boga - i powiedziałem mojej Pani i Władczyni, że żądasz znaku, który sprawi, iż dasz wiarę mym słowom: że masz wznieść małą świątynię w miejscu przez Nią wskazanym. Poza tym powiedziałem Jej o złożonej d obietnicy, że wrócę z owym znakiem. Żądałeś ode mnie, bym ci okazał dowód Jej woli. A Ona wysłuchała słów ust twoich. Uradowała Ją twoja prośba o znak i dowód, który pozwoli ci spełnić Jej słodką wolę. Dlatego jeszcze tej nocy ponownie nakazała mi przyjść do ciebie. I kiedy poprosiłem Ją o obiecany dowód prawdziwości mej misji, natychmiast wypełniła mą prośbę. Posłała mnie na wzgórze, gdzie ujrzałem Ją po raz pierwszy, bym tam zerwał różnokolorowe kastylijskie róże. Tak też uczyniłem i przyniosłem Jej kwiaty i złożyłem u stóp pagórka. Wzięła je w swoje dłonie i złożyła z powrotem w moją opończę, abym osobiście przekazał je tobie. Oczywiście wiedziałem, że nie jest to miejsce, gdzie kwitną róże. Tam, na szczycie są tylko ostre kamienie, osty i ciernie, kaktusy, nopale i drzewa mezquite. Mimo to nie zwątpiłem ani nie zwlekałem. Kiedy wszedłem na górę, ujrzałem najpiękniejsze kastylijskie róże w prawdziwie rajskim przepychu, skropione błyszczącą, promienną rosa^ Natychmiast poczułem je zrywać. Potem Pani powiedziała mi, że mam je przekazać tobie w Jej imieniu. One mają zaświadczyć o prawdzie mych słów. Są owym znakiem, którego żądałeś, by obrócić w czyn Jej słodką wolę. One mają zaświadczyć, że moje słowa i posłannictwo są prawdziwe. Oto one. Przyjmij je, proszę».

I rozpostarł swój biały płaszcz, w który zawinięte były kwiaty. Lecz w momencie, gdy róże upadły na posadzkę, sam płaszcz w jednej chwili zmienił się w znak. Nagle ukazał się na nim słodki obraz Dziewicy, świętej Maryi, odbicie Matki świętego Boga, w formie i postaci, w jakiej zachowało się pośród nas do dnia dzisiejszego. Tak samo jak wciąż jeszcze możemy patrzeć na Jej słodki domek, w którym po dziś dzień przechowywane jest owo okrycie, w Jej świątyni na wzgórzu Tepeyac, teraz zwanym Guadalupe.
Kiedy biskup i reszta zebranych ujrzeli ten cud, w zdumieniu upadli na kolana. Potem powstali, by obejrzeć płaszcz, wciąż oszołomieni i pełni zdumienia. Ich serca wypełnił żal. Biskup pośród łez błagał świętą Dziewicę o przebaczenie, że nie uwierzył w Jej słowo i nic spełni! Jej woli. Kiedy powstał, zdjął płaszcz z ramion Juana Diego - tilmę, na której Królowa Niebios zostawiła swój znak. Zabrał płaszcz i zaniósł go do domowej kaplicy. Zatrzymał Juana Diego w swoim pałacu, zaś następnego dnia rzekł do niego: «Chodźmy, pokaż mi miejsce, gdzie Królowa Niebios pragnie, byśmy wznieśli Jej świątynię».

Równocześnie nakazał wezwać ludzi, którzy midi zbudować kościół. Juan Diego wskazał więc miejsce ukazane mu przez Królową, Niebios. Potem poprosił, by pozwolono mu odejść. Chciał odwiedzić swego wuja Bernardina, którego zostawił śmiertelnie chorego, spiesząc do Tlateloco po kapłana, który miał wysłuchać spowiedzi j przygotować wuja ni śmierć, zanim Królowa Niebios objawiła mu, że juz uzdrowiła Bernardina. Zebrani nic pozwolili jednak Juanowi iść samemu, lecz towarzyszyli mu w drodze do domu.
Kiedy przyszli do Bernardina, natychmiast spostrzegli, że został uzdrowiony ze śmiertelnej choroby. Ten dziwił się orszakowi, który towarzyszył jego siostrzeńcowi, i zapytał, czemu zawdzięcza tak wielkie poważanie. Wówczas Juan Diego opowiedział mu, jak wyszedłszy z domu, by sprowadzić kapłana na jego ostatnią godzinę, spotkał na Tepeyac Królowa Niebios. I jak wysłała go Ona do miasta Meksyk z prośbą cło biskupa, aby ten wzniósł dla Niej świątynię na Tepeyac. Jak mu powiedziała, by się nie troskał, bo wuj czuje się lepiej, i jakim to napełniło go pocieszeniem. Wówczas wuj zapewnił go, że to prawda. Właśnie w owej chwili został uzdrowiony przez Dziewicę, przy czym ujrzał dokładnie tę samą postać, co jego siostrzeniec. Również od niego Pani zażądała, aby udał się do biskupa Meksyku i opowiedział mu, co widział, i zdał relację, w jak cudowny sposób został przez Nią uzdrowiony. I że odtąd zawsze należy się zwracać ku Jej słodkiemu obrazowi, i czcić Ją jako zawsze Dziewicę, Świętą Maryję, Matkę Bożą z Guadalupe.
Potem poprowadzono Juana Bernardina do biskupa, by mu wszystko opowiedział i złożył swoje świadectwo. Biskup przyjął jego i jego siostrzeńca, Juana Diego, i gościł ich przez kilka dni w swoim pałacu, rozkazawszy wcześniej zbudować świątynię Pani i Królowej na Tepeyac, gdzie ukazała się Juanowi Diego. Jednak słodki wizerunek Królowej Niebios biskup postanowił przenieść do katedry. Osobiście przeniósł obraz ze swojej domowej kaplicy, aby wszyscy mogli go widzieć i podziwiać. I rzeczywiście: wszyscy mieszkańcy miasta, mężczyźni i niewiasty, bez wyjątku byli oszołomieni widokiem drogocennego wizerunku, którego boskie pochodzenie natychmiast pojęli. Wszyscy przynosili swoje prośby i troski i wszyscy zdumiewali się, w jak cudowny sposób objawiła się Matka Pana.

Zaprawdę: żaden z mieszkańców ziemi nie namalował Jej słodkiego wizerunku”.
Luys Lasso de la Vega,
Nican Mopobua, Meksyk 1649

„Guadelupe. Objawienie, które zmieniło dzieje świata”, Paul Badde, przekład Artur Kuć, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2006, str. 26 - 41

Leave a Reply